Uwielbiam określenie: edukacja alternatywna.
Naprawdę. Bo za każdym razem mam ochotę zapytać:
Alternatywna względem czego?
Przez setki tysięcy lat człowiek uczył się bez szkół, ocen i podstaw programowych.
I nauczył się rozpalać ogień, budować miasta, obserwować gwiazdy, przepływać oceany, budować cywilizacje.
To nie szkoła, jaką znamy, stworzyła ludzki postęp. Ludzki postęp stworzył szkołę, jaką znamy. I to stosunkowo niedawno…
Gdyby spojrzeć na historię naszego gatunku jak na dobę, szkoła systemowa pojawiła się dosłownie chwilę przed północą.
A jednak ten najnowszy eksperyment edukacyjny w dziejach uznaliśmy za normę. A wszystko, co działo się wcześniej, nazwaliśmy alternatywą.
Uczenie przez działanie, obserwację, doświadczenie. Napędzane ciekawością.
Czyli dokładnie te mechanizmy, na których człowiek opierał naukę na długo przed tym, zanim powstała współczesna szkoła.
Największym sukcesem szkoły nie było nauczenie ludzi konkretnych treści. Największym sukcesem było sprawienie, że przestaliśmy postrzegać ją jako jeden ze sposobów uczenia się, a zaczęliśmy traktować ją jako punkt wyjścia dla wszystkich innych.
Uwierzyliśmy, że naturalna ludzka zdolność do odkrywania świata wymaga zarządzania, kontroli, standaryzacji i zewnętrznej motywacji.
Więc kiedy słyszę, że edukacja oparta na ciekawości, doświadczeniu i indywidualnym tempie rozwoju jest alternatywna, nie mogę przestać się uśmiechać.
Im dłużej bowiem o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ona jest alternatywą.
Alternatywą jest pomysł, że zamknięcie trzydziestu dzieci w jednej sali, podzielenie ich według roku produkcji i narzucenie identycznej ścieżki rozwoju jest czymś naturalnym.
Gdybyście mieli zaprojektować edukację od zera, wiedząc to, co dziś wiemy o rozwoju człowieka, czy naprawdę wyglądałaby tak, jak obecna szkoła?